Ochotniczą Strażą Pożarną Ziemięcin w gminie Wierzbinek rządzą… kobiety. Mówią, że w powiecie konińskim jest tylko jeden taki żeński zarząd. Razem wyjeżdżają na akcje, dbają o remizę i nowy samochód i jeszcze w tym roku chcą być w Krajowym Systemie Ratowniczo-Gaśniczym. Wszystko oczywiście przy pomocy panów, których w jednostce jest ponad 40.
W zarządzie OSP Ziemięcin rządzą kobiety. Agnieszka Bańczyk-Andrzejewska jest prezesem. Naczelnikiem została Natalia Rybicka. Członkiem zarządu jest Agnieszka Pałasz, a Patrycja Słowińska członkiem komisji rewizyjnej. Panie przyjechały do naszej redakcji, żeby opowiedzieć o jednostce, którą rządzą.
Wspominają zmarłego w 2024 roku prezesa Klemensa Mazurka. – Ja wtedy jeszcze nie należałam nawet do straży. Byłam tylko żoną strażaka. No i rozdzwoniły się telefony, że ktoś musi to przejąć. Usłyszałam, że albo ja to dalej poprowadzę, albo nie wiadomo co będzie z jednostką. W związku z tym, że prezes zmarł nagle, musiało być walne zebranie nadzwyczajne. Wtedy były wybrane te władze. Zostałam prezesem, a Natalia naczelnikiem. To był 2024 rok – opowiada Agnieszka Bańczyk-Andrzejewska.
– My byliśmy zgraną grupą, ale po śmierci naszego prezesa potrzebowaliśmy przewodnika, który nas poprowadzi. I było to niełatwe zadanie – mówią druhny. – Chyba do końca nie byłam tego świadoma. Miesiąc później zostałam też sołtysem. Prowadzimy z mężem gospodarstwo. Mamy ponad 250 sztuk bydła, ponad 120 hektarów ziemi, więc jest co robić, ale gdzieś to wszystko udało się połączyć. Bo im się ma więcej pracy, tym się jest bardziej zorganizowanym – opowiada Agnieszka Bańczyk-Andrzejewska. – Oczywiście przyszedł kryzys. Jak to wszystko do mnie dotarło, to pomyślałam sobie na co ja się zdecydowałam. Przecież ja nic o straży nie wiem. Ja tego nie pociągnę!

Koleżanki mówią, że prezes załapała jednak strażackiego bakcyla. A ona sama podkreśla, że miała pomoc nie tylko od swoich strażaków. – Byliśmy na spotkaniu w Koninie z panem komendantem, z zastępcą, z naczelnikiem. I oni też wiedzieli, jaka była sytuacja. I jak najbardziej oferowali swoją pomoc. Mówili, że im też zależy, tym bardziej że jeszcze poprzedni prezes starał się o wejście do krajowego systemu – mówi Agnieszka Bańczyk-Andrzejewska. – Zrobiłam kurs podstawowy, żeby móc wyjeżdżać na akcje. W międzyczasie zrobiłam prawo jazdy kategorii C i jestem też kierowcą. No i tak to dalej poleciało. A głównym celem, jaki sobie założyliśmy, była wymiana samochodu.
Stary samochód miał 52 lata i nieco blokował możliwości jednostki. – Mieliśmy chyba najstarszy samochód w całym powiecie konińskim. Wzbudzaliśmy sensację na akcjach, bo inne samochody były już dużo nowsze. Niedawno nawet się tak zdarzyło, że strażacy z Radziejowa myśleli, że my jesteśmy jakimiś przebierańcami. I mówili, że to niemożliwe, że jeździmy takim samochodem – opowiadają druhny. Czy jest im trudniej na akcjach niż mężczyznom? – Siłowo trudniej, ale wszystko trzeba brać sposobem – śmieją się.

Nowy wóz przyjechał do Ziemięcina w ubiegłym roku. – Udało się wystarać o nowy samochód. Dzięki przychylności pana wójta i rady gminy pozyskaliśmy środki. Dołożyliśmy troszeczkę swoich, to co nam się też udało zebrać. Ciężko pracowaliśmy cały rok, bo to był dla wszystkich priorytet. Robiliśmy różnego rodzaju zbiórki, mieliśmy stoiska na dożynkach, na Dniach Wierzbinka. Zbieraliśmy elektrośmieci. Oddawaliśmy nasze ekwiwalenty. Każdy grosz, każda złotówka się liczyła. Nawet szczotki do remizy nie kupowałyśmy z oszczędności. Udało nam się w listopadzie 2025 roku ten samochód przyprowadzić. A teraz 23 stycznia było oficjalne jego wprowadzenie i poświęcenie. Cieszymy się bardzo, że się udało, bo pan Klemens chodził nad tym autem, można powiedzieć, parę lat. To był człowiek, który mógł mieszkać w jednostce. Jak gdzieś syrena zawyła lub zaczęło wiać, to on już na rowerze jechał do garażu, już czekał na wezwanie. To była taka jego pasja i takie oddanie się tej straży – opowiadają druhny.
Kiedy samochód został przyprowadzony, wydawałoby się, że to koniec problemów druhów. – Bo mamy wreszcie ten wymarzony samochód – mówią panie. Okazało się jednak, że nie mieścił się do garażu. – Trzeba było dobudować. Mieliśmy blaszany, ale nieocieplony, w ogóle bez elektryki, bez niczego, po prostu totalny golas. No i zaczęło się wspólne wymyślanie, móżdżenie, co tu zrobić, no bo zima za pasem, a zapowiadali mrozy i śnieg. I znowu razem sobie poradziliśmy – opowiadają.
14 marca br. odbyło się zebranie sprawozdawczo-wyborcze OSP Ziemięcin. Prezesem zgodziła się być Agnieszka Bańczyk-Andrzejewska. – Jak coś idzie dobrze, jest zgrany zespół, to wiele udaje się zrobić – mówi. Teraz strażacy z Ziemięcina przygotowują się do wejścia w Krajowy System Ratowniczo-Gaśniczy. Prawdopodobnie jeszcze w tym roku. – Robimy wszystko, żeby to było w lipcu, ale zobaczymy. Jesteśmy już po pierwszych kontrolach, teraz czekamy na raporty i kolejne kontrole. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to zostaniemy włączeni do systemu jeszcze w tym roku – mówią.
Wszystkie wyjeżdżają na akcje. Czasem nawet razem. – W tamtym roku mieliśmy 22 wyjazdy, ale stary samochód po prostu nie nadawał się już do jazdy. Nowy jeszcze nie był przygotowany, a tamten już nie dawał rady. W tym roku już wyjeżdżaliśmy 5 razy. Jest wezwanie, jedziemy. Chyba najtrudniejszą akcją była ta, kiedy paliła się stodoła i obora ze zwierzętami. Potem też trudna akcja w Zaryniu, w papierni, bo to był bardzo duży pożar, wiele jednostek przyjechało. Wyjeżdżamy też do zatrzymania krążenia – wymieniają. – Jest syrena, to się biegnie i się jedzie. Nie myśli się wtedy o niczym innym. Naprawdę rzuca się wszystko.
Agnieszka Bańczyk-Andrzejewska opowiada o swoim pierwszym wyjeździe jako kierowcy strażackiego wozu. – Tego nigdy nie zapomnę. Dojechałam na miejsce po prostu zlana potem. Jak się jedzie, jak zawyje syrena i jest adrenalina, to w ogóle się nie myśli. Zaparkowałam, bo skończyła się polna droga, a strażacy z Wierzbinka pojechali przez pole. To ja mówię: oni jadą, a ja nie pojadę? Dopiero później gdzieś tam do mnie dotarło, że to było trudne – opowiada prezes.
W jednostce jest 50 członków. – Typowo wyjazdowych mamy 26. To są osoby, które minimum raz w roku wyjeżdżają na akcje. W tym jest 8 kobiet. Właśnie zdali egzaminy jeden druh i jedna druhna – mówią. Na pytanie jak długo są strażakami odpowiadają kolejno: dwa, dwanaście, pięć lat, skończone liceum strażackie.
Dlaczego chcą być strażakami? – Przynależność do tej grupy jest chyba najważniejsza. U nas jednostka działa na zasadzie koleżeństwa i chyba dlatego tak fajnie to funkcjonuje, bo my się po prostu lubimy. Lubimy spędzać ze sobą czas i dla nas nie jest problemem przyjście i praca w garażu, wyjechanie na akcje razem, bo to wszystko tak dobrze działa. Chyba wszystko ma swój czas i po prostu tak musiało być i tak się wydarzyło. U nas to tradycja z pokolenia na pokolenie. W straży są całe rodziny – mówią panie.
Jak spędzą Wielkanoc? – Będą jajeczka. Musi być babka. Tradycyjna sałatka jarzynowa. Szyneczka. Żurek. Ale przede wszystkim warta przy Grobie Pańskim. W tamtym roku też stałyśmy – mówią.
Druhny podkreślają, że ich jednostka bierze udział w programie „Czujka pod każdą strzechą”. Strażacy montują czujki dymu we wskazanych domach. Niedawno zainstalowali ponad 20 urządzeń na terenie gminy Wierzbinek. Mówią także o programie „Pierwszy Ratownik”, a pięciu członków jednostki posiada odpowiednie kwalifikacje. W przypadku zdarzenia (np. nagłego zatrzymania krążenia, złamania, upadku) poszkodowany lub świadek klika w aplikacji „Potrzebuję pomocy” i wskazuje rodzaj incydentu. Aplikacja wysyła wtedy powiadomienie do zarejestrowanych „Pierwszych Ratowników" znajdujących się w promieniu około 2 kilometrów. – Możemy nieść pomoc w każdej chwili. W naszych prywatnych samochodach wozimy cały potrzebny sprzęt – mówią. I zachęcają, by w swoim telefonie zainstalować taką aplikację.