W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Szczegółowe informacje znajdują się w POLITYCE PRYWATNOŚCI I WYKORZYSTYWANIA PLIKÓW COOKIES. X
Browar od 15.06

Krzymów

Strażacy-ochotnicy są przyjaciółmi. Dbają o siebie nie tylko na akcji

2022-03-26 09:21:36
Strażacy-ochotnicy są przyjaciółmi. Dbają o siebie nie tylko na akcji

Zwykle są pierwsi w miejscu, gdzie potrzebna jest pomoc – a chodzi najczęściej o zdrowie, a nawet ludzkie życie. Na każdą akcję – czy do wypadku, czy pożaru – wyjeżdżają tak samo zmobilizowani. Wiedzą, że czasami kiedy ratują życie ludzi ryzykują własne, jednak nie widzą już swojej codzienności bez straży. Są też przyjaciółmi, którzy dbają o siebie nawzajem, nie tylko podczas akcji. – Chcielibyśmy wyjeżdżać jak najmniej i tylko do błahostek. Jakby teraz zawyła syrena, to wstajemy i wyjeżdżamy. Gorzej o tym opowiedzieć – śmieją się strażacy-ochotnicy z OSP w Paprotni w gminie Krzymów, który zgodzili się opowiedzieć o swojej społecznej pracy.

Wielu z nas widzi strażaków-ochotników, jak ratują życie czy mienie zagrożone wypadkami czy pożarami. I nikt nie zastanawia się, skąd się wzięli w tym miejscu. Marta Pawlak (wiceprezes OSP w Paprotni), Sebastian Miętkiewski (skarbnik), druhowie Radosław Rusek i Kamil Wszędybył wyjeżdżają razem na akcje od 7 lat. – Wyjeżdżamy razem na 90 procent akcji – mówią. W składzie jest dowódca, kierowca i czterech strażaków. W samochodzie jest maksymalnie 6 miejsc. – To zależy jak jest przystosowany samochód. Nasz wyjazdowy ratowniczo-gaśniczy ma 6 miejsc. Ale kontenerowe, techniki czy z wodą mają 3 miejsca. Ale są takie, które mają po 8 miejsc. Wszystko zależy od modelu samochodu – wyjaśniają.

Ochotnicy mają różne systemy powiadamiania. – My mamy trochę starszy typ, ale funkcjonuje. Jest wykupiony system, który co roku jest opłacany. To działa na zasadzie połączeń i SMS-ów na telefony prywatne. Nasze numery są wprowadzane do takiej bazy, co roku są weryfikowane. W momencie alarmowania, pierwszą informację dostaje stanowisko 112. Stamtąd przekazują informację do Konina, a Konin nas zaalarmuje, bo wysyła informację na nasz system. On otrzymuje wiadomość i przekazuje do drugiego systemu i ten dopiero rozsyła powiadomienia. Dostajemy SMS-a albo dzwoni telefon. I po paru sekundach włącza się syrena. Wtedy rzuca się wszystko, jak jest możliwość, choć nie zawsze można. Jak w nocy nas alarm wyrwie, to inaczej się reaguje. W nocy możemy wyjechać w ciągu 5-7 minut, w dzień 3-4 minuty, jeśli jest skład. Jeśli teraz by był alarm, to jak tu siedzimy możemy wyjechać w ciągu 30 sekund, bo mamy skład wyjazdowy – opowiadają. W 2021 roku wyjeżdżali na akcje 39 razy. Najwięcej do usuwania gniazd owadów błonkoskrzydłych – os i szerszeni. Wiosną gaszą pożary traw. Jesienią to najczęściej pożary sadzy.

Jakie wyjazdy są najtrudniejsze? – Wypadki i pożary domów jednorodzinnych. Na każdą akcję wyjeżdżamy z taką samą mobilizacją. Co roku ktoś nam dochodzi do tego składu. Jak jedziemy to dla kogoś nowego może być szok, ręce się mu trzęsą, kiedy znajdzie się w trudnej sytuacji. Trzeba się przyzwyczaić – mówią. Jak radzą sobie z sytuacjami, kiedy jadą do śmiertelnego wypadku? – Jest może jakieś załamanie, jest chwila zadumy, ale żyjemy dalej. To wszystko zależy od psychiki. Są zawodowi strażacy, którzy wyjeżdżają na akcje, gdzie na przykład zginie dziecko, a oni akurat mają dzieci. Czasami dochodzą do siebie kilka miesięcy czy lat. Był z nami chłopak, który jeździ od niedawna. To była dla niego trzecia akcja i od razu śmiertelny wypadek. Trzy osoby zginęły i to jeszcze dzieci. Na własnej skórze trzeba się przekonać. Z opowieści to inaczej wygląda, człowiek się dopiero przekonuje jak wyjedzie i zobaczy, co zastanie na miejscu. A każda akcja jest inna. Nie ma takiej samej. Ogień może się palić w identyczny sposób, ale inaczej trzeba go gasić – opowiadają.

Skąd wiedzą, jak ratować ludzi? – Szkolimy się – odpowiadają. A nie wahają się czy wszystko robią dobrze, czy nie zaszkodzą? – Jeśli ktoś jest nieprzytomny i nie oddycha, to mu nie zaszkodzimy. Jakichkolwiek działań byśmy nie podjęli, to one będą dla niego dobre w danej sytuacji. Wiele rzeczy robi się automatycznie. Osoby ratowane potrafią być w takiej adrenalinie, że jesteśmy w czwórkę i nie możemy go utrzymać – mówią. – Mamy jakieś wzory postępowania, których nas uczą na kursach kwalifikowanej pierwszej pomocy i trzeba się tego trzymać ramowo, ale każda sytuacja jest inna i trzeba być elastycznym – dodają.

Bardzo ważne jest miejsce zdarzenia. – Jeśli wypadek jest blisko, to jesteśmy pierwsi. Jest na przykład 5 poszkodowanych, a nas jest 6. Mamy jedną torbę, jedną deskę, a tak się już zdarzyło. Dobrze być pierwszym, by jak najszybciej udzielić tej pierwszej pomocy, ale jest wtedy bardzo ciężko. Ma się jednak z tyłu głowy, że te siły jeszcze jadą. Na pierwszy rzut trzeba udzielić pomocy tym, którzy tego najbardziej potrzebują. Roboty jest zawsze dużo, bo to nie tylko zajęcie się osobą poszkodowaną, czasami samochód się pali, trzeba zabezpieczyć, zamknąć drogę, przygotować sprzęt do rozcinania. Kierowca obsługuje samochód. Dowódca musi rozpoznać sytuację i cały czas kontaktować się z Koninem przez radiostację, przekazywać informacje. I jest czterech wolnych ludzi, którzy muszą zrobić dojście do osoby poszkodowanej, zakleszczonej w samochodzie. Idą w ruch narzędzia hydrauliczne, które trzeba podłączyć, odpalić, użyć – opowiadają strażacy.

Gaszenie pożaru w domu mieszkalnym to długotrwała akcja. – Jak się zajeżdża to nie jest tak, że widzi się ogień i dom się pali. Najczęściej zarodek tego ognia jest w środku. Zawsze trzeba dotrzeć do źródła pożaru. Trzeba się dowiedzieć, czy są ludzie w środku, czy jest prąd odłączony, gdzie jest zasilanie wodne, dużym zagrożeniem dla nas jest fotowoltaika. Jeśli jedziemy gdzieś, gdzie są już inne jednostki, to nasze zadanie będzie polegało na podaniu wody albo ubraniu ratowników – tłumaczą.

Czy boją się o swoje życie? – Nie myślimy o tym. Nie ma na to czasu. Zawsze chce się uratować, jak najwięcej. Na szkoleniach zawsze mówią, że najważniejsze jest nasze zdrowie. Bo jak coś się stanie, to jeszcze nas trzeba będzie ratować. Będzie podwójny problem. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, zdrowy rozsądek i dobrze ocenić sytuację. Znamy się nawzajem doskonale. Wiemy, kogo można ubrać w aparat, kto bardziej się nada. Jeden woli kulać węże i gasić pożary, drugi lepiej tnie auta, następny ratuje poszkodowanych – opowiadają.

Dlaczego pełnią tę społeczną służbę? – Robimy to, bo lubimy. Nikt nigdy nie patrzy, żeby dostać za to jakieś pieniądze. Większość zrzeka się ekwiwalentu. Tu stoi taki autobusik i tam się te pieniądze wrzuca. Na jakieś utrzymanie własne – mówią. – Tu jest nasz drugi dom. Wyjazdy na akcje zajmują 10 procent czasu, jaki tu spędzamy. Czasami to jakieś nerwy małżeńskie są nawet z tego powodu. To dodaje trochę ognia. A tutaj trzeba posprzątać, sprzęt przejrzeć, samochód, szkolić się. Spotykamy się też towarzysko. Jesteśmy przyjaciółmi. Czasami razem oglądamy mecze. Prowadzimy wiele działań profilaktycznych i akcji charytatywnych. Zbieraliśmy dary dla Ukraińców, to zrobiliśmy wewnętrzną zbiórkę. Ludzie się dowiedzieli, że robimy i też przynosili. Jesteśmy po prostu jedną wielką rodziną. Starsi druhowie interesują się, gdzie jedziemy jak jest alarm. Tu zawsze jest robota. Jest fajnie, jest wesoło.

– Ja już od trzech lat nie jeżdżę na akcje, ale z tymi chłopakami tu jestem często. Tu mnie po prostu ciągnie – mówi Piotr Karczewski.

Milena Fabisiak

Śledź nas na